Powstanie Trusted Tech Alliance, ogłoszone wspólnie przez Microsoft, Ericssona oraz trzynastu innych liderów branży, to czytelny sygnał: biznes przestaje być biernym obserwatorem politycznej fragmentacji świata. W obliczu zaostrzającej się retoryki nowej administracji USA i dążeń Europy do „cyfrowej suwerenności”, korporacje próbują przejąć narrację, zanim zrobią to za nie politycy.
Biznes kontra geopolityka
Inicjatywa rodzi się w momencie krytycznym. Zamiast czekać na niespójne, lokalne przepisy, firmy takie jak Google, SAP czy Amazon Web Services (AWS) chcą narzucić własną, ponadnarodową definicję „zaufania”. Fundamentem sojuszu jest pięć filarów, mających pełnić rolę uniwersalnego certyfikatu bezpieczeństwa:
- Bezpieczny rozwój technologii (Secure by design).
- Etyczne postępowanie i ład korporacyjny.
- Rygorystyczne standardy w łańcuchach dostaw.
- Przestrzeganie globalnych standardów bezpieczeństwa.
- Wsparcie otwartego środowiska cyfrowego.
Dla Brada Smitha z Microsoftu i Börje Ekholma z Ericssona cel jest jasny: uratowanie skalowalności usług. Ekholm punktuje, że całkowita suwerenność technologiczna w dzisiejszej gospodarce jest iluzją i prostą drogą do barier handlowych, które uderzą w innowacyjność.
Ucieczka do przodu?
Analitycy zwracają jednak uwagę, że pod płaszczykiem dbałości o standardy kryje się klasyczny mechanizm obronny. Trusted Tech Alliance można odczytać jako próbę wyprzedzenia twardych regulacji (jak europejski AI Act) poprzez miękkie „soft law”. Firmy ustalają zasady wygodne dla siebie, zanim rządy narzucą te kosztowne.
Co więcej, krytyka „cyfrowej suwerenności” płynąca z Doliny Krzemowej bywa odbierana jako hipokryzja. Dla wielu państw lokalizacja danych to jedyny mechanizm obrony przed cyfrowym kolonializmem. Istnieje również ryzyko, że wyśrubowane standardy sojuszu – wymagające kosztownych, niezależnych audytów – staną się fosą ochronną dla gigantów, skutecznie odcinającą mniejsze startupy i konkurencję z rynków wschodzących.
