Suwerenność czy studnia bez dna? Rząd, Microsoft i miliardy za licencje

Polska administracja dąży do budowy narodowego pakietu biurowego opartego na open source, widząc w tym szansę na ucieczkę od kosztownej dominacji Microsoftu i wzmocnienie suwerenności cyfrowej państwa. Ambitny plan COI zderza się jednak z obawami o miliardowe koszty i ryzyko niskiej jakości, co w kontekście problematycznej informatyzacji ZUS stawia pod znakiem zapytania realną efektywność tej transformacji.

8 Min
Microsoft
źródło: Pexels

W lutym 2026 roku polska debata o cyfryzacji weszła w nową, gorącą fazę. Centralny Ośrodek Informatyki (COI) ogłosił ambitny plan: budowę narodowego pakietu biurowego dla administracji publicznej, który miałby zastąpić rozwiązania giganta z Redmond. To ruch wpisujący się w szerszy, europejski nurt „suwerenności cyfrowej” (Digital Sovereignty), ale w polskim wydaniu budzi on tyle samo nadziei, co uzasadnionego sceptycyzmu. Dla biznesu i liderów IT to sygnał, że dotychczasowy model „licencja przede wszystkim” przestaje być jedyną ścieżką rozwoju państwa. Czy jednak Polska jest gotowa na własny „Office”, czy może czeka nas kolejny miliardowy projekt o wątpliwej jakości?

Dyktat jednego dostawcy: Diagnoza monopolu

Punktem wyjścia dla inicjatywy COI był raport Fundacji Instrat „Zamówienia na pozór otwarte”, opublikowany pod koniec 2025 roku. Dane są bezlitosne: aż 99% przeanalizowanych zamówień publicznych na oprogramowanie biurowe w Polsce bezpośrednio lub pośrednio faworyzuje produkty Microsoft. W co piątym przetargu konkurencja jest wykluczana wprost, a w pozostałych – poprzez specyficzne wymogi techniczne, które spełnia tylko jeden ekosystem.

Zjawisko vendor lock-in (uwiązanie u dostawcy) przestało być teoretycznym problemem akademickim, a stało się realnym zagrożeniem dla budżetu państwa. Gdy koszty licencji rosną, administracja nie ma dokąd uciec, bo cała infrastruktura, od poczty po zaawansowane arkusze kalkulacyjne, opiera się na zamkniętych standardach. Szef COI, Radosław Maćkiewicz, stawia sprawę jasno: Polska wydaje na oprogramowanie Microsoftu za duże pieniądze, a te środki mogłyby wspierać rodzimy ekosystem IT.

Druga strona medalu: Widmo „systemów-miliardowców”

Kiedy administracja mówi o „budowie własnych rozwiązań”, w sektorze prywatnym zapala się czerwona lampka. Historia polskiej informatyzacji publicznej pełna jest projektów, których koszty liczone były w miliardach, a jakość pozostawiała wiele do życzenia. Symbolem tych obaw jest Kompleksowy System Informatyczny ZUS (KSI ZUS). Według danych z ostatnich lat, utrzymanie i rozwój tego systemu w sześcioletnim cyklu (2015–2020) kosztowało państwo blisko 2,8 miliarda złotych. Co więcej, aktualne kontrakty na samo utrzymanie KSI ZUS opiewają na setki milionów złotych (np. oferta Asseco za blisko 350 mln zł).

Krytycy słusznie pytają: czy państwo, które boryka się z efektywnym zarządzaniem takimi molochami, powinno porywać się na budowę od zera ekosystemu, który ma konkurować z dopracowywanym przez dekady Microsoft 365? Budowa nowoczesnego pakietu biurowego to nie tylko edytor tekstu, to setki tysięcy godzin pracy programistów, testów bezpieczeństwa i integracji z chmurą. Istnieje realne ryzyko, że „narodowa alternatywa” stanie się kolejną studnią bez dna, w której znikną miliardy z publicznej kasy, a produkt końcowy będzie odstawał od rynkowych standardów.

Warto przy tym pamiętać o opinii ekspertów dotyczącej jakości oprogramowania budowanego przez COI, np. przy okazji mObywatela. Choć aplikacja cieszy się popularnością, raporty CSIRT MON wskazywały na luki bezpieczeństwa, takie jak „martwy kod” czy podatności w łańcuchu dostaw bibliotek. Skalowanie tych problemów na system, od którego zależeć będzie praca każdego urzędnika w kraju, budzi zrozumiały lęk.

Lekcja z Hagi: Dlaczego suwerenność to nie tylko oszczędności

Argumenty o kosztach to jednak tylko część równania. Geopolityczny punkt zwrotny nastąpił w maju 2025 roku, kiedy to prokurator generalny Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK) w Hadze miał utracić dostęp do swojego konta e-mail dostarczanego przez Microsoft. Oficjalnym powodem miały być sankcje nałożone przez administrację Donalda Trumpa.

Niezależnie od późniejszych zaprzeczeń korporacji, incydent ten przeraził europejskich decydentów. Stało się jasne, że poleganie na amerykańskim modelu SaaS to nie tylko kwestia wygody, ale i wystawienie się na eksterytorialne prawo USA (np. CLOUD Act) oraz decyzje polityczne obcego mocarstwa. To właśnie ten strach napędza dziś migracje w niemieckim landzie Szlezwik-Holsztyn (60 tys. stanowisk przechodzących na Linuksa i LibreOffice) czy w duńskim Ministerstwie Cyfryzacji. W tych przypadkach suwerenność nad danymi jest ceniona wyżej niż wypolerowany interfejs giganta z USA.

Transparentność oszczędności: Mit „darmowego” Open Source

Inicjatywa COI ma bazować na rozwiązaniach otwartych (Open Source). To kluczowa informacja, bo obniża ona barierę wejścia – nie musimy pisać wszystkiego od zera, możemy czerpać z takich projektów jak LibreOffice, Collabora Online czy Nextcloud. Jednak w biznesie IT „otwarte” rzadko oznacza „tanie w krótkim terminie”.

Transparencja oszczędności wymaga uczciwego spojrzenia na TCO (Total Cost of Ownership). O ile koszt licencji Microsoftu (ok. 38–49 mln zł rocznie dla samego ZUS w 2024/25) jest łatwo mierzalny, o tyle koszty ukryte migracji są ogromne. Niemiecki Szlezwik-Holsztyn szacuje, że oszczędzi 15 mln euro rocznie na licencjach, ale jednocześnie inwestuje 9 mln euro w samym tylko 2026 roku w proces transformacji i szkolenia.

Prawdziwym kosztem narodowego pakietu biurowego będą:

1. Szkolenia i adaptacja: Urzędnicy przyzwyczajeni do Outlooka mogą drastycznie stracić na wydajności w pierwszym roku pracy z nowym narzędziem.

2. Utrzymanie i SLA: Open Source wymaga silnych, lokalnych zespołów wsparcia. Zamiast płacić Microsoftowi, będziemy płacić polskim firmom (np. w modelu PPP), co wspiera gospodarkę, ale nie musi oznaczać drastycznego spadku wydatków w budżecie.

3. Kompatybilność: Miliony historycznych dokumentów.docx i zaawansowanych arkuszy.xlsx muszą działać bezbłędnie. Koszt naprawiania błędów w formatowaniu może pochłonąć miliony.

Europejski trend: Lyon i Szlezwik-Holsztyn przecierają szlak

Polska nie jest osamotniona. Lyon, trzecie co do wielkości miasto Francji, już teraz wdraża OnlyOffice i Linuksa na 10 tysiącach stanowisk, argumentując to nie tylko suwerennością, ale i ekologią – otwarte oprogramowanie pozwala na dłuższe korzystanie ze starszego sprzętu. Z kolei niemiecki projekt openDesk, rozwijany przez ZenDiS pod egidą MSW Niemiec, staje się gotowym standardem dla całej Europy.

To właśnie tu leży szansa dla COI: nie budować „koła od nowa”, ale stać się polskim integratorem europejskich rozwiązań suwerennych. Wykorzystanie Collabora Online w połączeniu z polską chmurą rządową pozwoliłoby uniknąć losu KSI ZUS, a jednocześnie dałoby gwarancję, że dane obywateli nigdy nie opuszczą kraju.

Wartość dla biznesu

Inicjatywa COI powinna być odczytywana jako wezwanie do dywersyfikacji. Całkowita rezygnacja z Microsoftu w komercyjnych przedsiębiorstwach jest dziś mało prawdopodobna, ale budowa „hybrydowej odporności” staje się powoli koniecznością.

Dla polskiego sektora IT to ogromna szansa. Przejście z modelu sprzedaży licencji (gdzie większość marży trafia do USA) na model wysokomarżowych usług wdrożeniowych i utrzymaniowych wokół Open Source może być „kołem zamachowym” dla rodzimych integratorów. Jednak biznes musi patrzeć państwu na ręce. Jeśli „narodowy pakiet” zostanie zamknięty w murach jednej instytucji, stanie się kosztownym pomnikiem. Jeśli natomiast zostanie zbudowany w oparciu o transparentne partnerstwa publiczno-prywatne i otwarte standardy, może stać się fundamentem nowoczesnego państwa, które zamiast płacić „cyfrowy podatek” gigantom, inwestuje we własny intelekt.

Kluczem do sukcesu nie będzie technologia – bo LibreOffice czy OnlyOffice są już gotowe – ale transparentność wydatkowania tych „zaoszczędzonych” milionów. Prawdziwa suwerenność to zdolność do swobodnego wyboru technologii, a nie przymus korzystania z oprogramowania tylko dlatego, że jest „narodowe”. Polska musi udowodnić, że potrafi budować systemy nie tylko drogie, ale przede wszystkim skuteczne.

Udostępnij