Decyzja administracji Trumpa o przywróceniu eksportu chipów H200 do Chin, ogłoszona jako polityczny zwrot, w praktyce przypomina bardziej otwarcie lufcika niż bramy. Choć rynki zareagowały optymistycznie na wizję powrotu Nvidia na jej kluczowy rynek zbytu, szczegółowa analiza nowych regulacji Biura Przemysłu i Bezpieczeństwa (BIS) ujawnia mechanizm, który może uczynić ten handel logistycznym koszmarem.
W centrum nowego układu nie stoi swobodny handel, lecz bezprecedensowy reżim kontrolny. Każda partia procesorów H200 przeznaczona dla chińskiego klienta musi fizycznie przejść przez niezależne laboratorium testowe. To nie jest formalność administracyjna, ale techniczne wąskie gardło. Laboratoria te mają za zadanie empirycznie weryfikować wydajność AI każdego chipa, upewniając się, że sprzęt trafiający do Państwa Środka mieści się w dopuszczalnych, „cywilnych” ramach. Dla Nvidii oznacza to wydłużenie łańcucha dostaw o tygodnie, jeśli nie miesiące.
Jeszcze ciekawiej wygląda warstwa finansowa i wolumenowa tego porozumienia. Waszyngton wprowadził sztywny parytet, zgodnie z którym Chiny nie mogą otrzymać więcej niż 50 procent wolumenu chipów sprzedawanych klientom amerykańskim. W praktyce oznacza to, że podaż na rynek chiński jest zakładnikiem popytu w USA. Jeśli amerykańscy giganci chmurowi zwolnią tempo zakupów, eksport do Chin automatycznie wyhamuje, niezależnie od potrzeb tamtejszych firm. Do tego dochodzi zapowiedziana przez prezydenta Trumpa 25-procentowa opłata na rzecz rządu USA, która de facto zamienia kontrolę eksportu w nowe źródło przychodów budżetowych, przerzucając koszty geopolityki bezpośrednio na bilanse firm technologicznych.
Sytuację komplikuje fakt, że chińskie firmy technologiczne, w tym giganci tacy jak ByteDance czy Alibaba, zdążyły już złożyć zamówienia na ponad dwa miliony układów H200. Tymczasem obecne zapasy Nvidii są ułamkiem tej liczby. Jensen Huang stoi więc przed dylematem alokacji zasobów w warunkach, gdzie każde zamówienie z Chin jest obarczone ryzykiem politycznym i koniecznością udowodnienia, że sprzęt nie trafi do armii.
Paradoksalnie, entuzjazm po stronie chińskiej jest studzony przez sam Pekin. Zgodnie z doniesieniami z rynku, chińskie władze celnie odczytują ten ruch jako próbę uzależnienia ich sektora AI od kontrolowanych dostaw z USA i sugerują rodzimym firmom wstrzemięźliwość, promując lokalne alternatywy od Huawei. W rezultacie, to co miało być triumfalnym powrotem Nvidii do Chin, może okazać się grą, w której obie strony trzymają rękę na hamulcu.
