Pandemia pracy zdalnej

Podobne tematy

Małe apteki niezdrowo zadłużone

Apteki, choć początkowo zyskały na koronawirusie, teraz mierzą się z zastojem w sprzedaży. W marcu klienci masowo robili zapasy...

Przez pandemię branża motoryzacyjna nie wyprodukowała co najmniej 2 mln samochodów

Od popytu konsumenckiego na nowe samochody zależy to, jak szybko europejska branża motoryzacyjna poradzi sobie z kryzysem wywołanym pandemią. – Branża...

Wpływ pandemii na automatyzację łańcucha dostaw

Wybuch pandemii koronawirusa znacząco zmienił rzeczywistość w wielu przedsiębiorstwach na całym świecie. Pracownicy korzystają z pracy zdalnej, telekonferencji, a...

Perypetie z koronawirusem spowodowały wzrost zainteresowania komunikacją na odległość i pracą zdalną. Już nie tylko w firmach zajmujących się informatyką, gdzie było to od dawna często praktykowane, ale także w innych dziedzinach biznesu. Wypada więc przyjrzeć się temu zjawisku i zapytać jaka będzie jego przyszłość dla przedsiębiorców.

Pionierem, który zajmował się tym problemem był Jack Nilles, inżynier pracujący w NASA i amerykańskich Siłach Powietrznych. Na początku lat siedemdziesiątych na University of Southern California rozpoczął badania nad telepracą (angielskie terminy telecommuting i teleworking zostały zdefiniowane przez niego w 1973 r.). Co ciekawe, powodem jego zainteresowania tym zagadnieniem była prośba miejskiego urzędnika w sprawie zlikwidowania zmory korków w Los Angeles. W ramach aktywności naukowej związanej z tym problemem, Nilles przeprowadził wiele projektów dla firm i organizacji sektora publicznego nie tylko w USA, ale także w Europie i Ameryce Południowej.

Przez pewien okres telepraca rozwiązywała przede wszystkim problem stricte komunikacyjny – czyli dojazd do miejsca zatrudnienia. Kiedy gospodarka weszła w etap globalizacji, a struktury biznesowe rozlały się po kontynentach, zdalne wykonywanie obowiązków zaczęło być szeroko stosowane – szczególnie w korporacjach międzynarodowych. Onegdaj odwiedziłem kolegę za Wielką Wodą pracującego w takiej organizacji. Zaczynał robotę po 6stej rano czasu lokalnego schodząc obładowany kanapkami do swojego domowego biura, które mieściło się za dźwiękoszczelnymi drzwiami. W Europie była już 11sta i jego europejscy partnerzy mogli załatwiać z nim niezbędne sprawy. Potem przerzucał się na interesy w Stanach, a na koniec dnia, kiedy kończył dzienną szychtę, odbębniał tele- i wideokonferencje z Dalekim Wschodem właśnie meldującym rozpoczęcie  pracy. W swoim lokalnym biurze bywał średnio dwa razy w miesiącu. W mojej opinii obrazuje to modelowy przykład efektywnej obsługi globalizacji poprzez zdalne lub mobilne wykonywanie obowiązków.

Należy skonstatować, że tego trendu „zdalności” i „mobilności” chyba już nie zatrzymamy. W ciągu ostatnich kilku lat przekonaliśmy się do takiej formy działalności i pracy. Jest to coraz częściej praktykowane – nawet przez małe struktury. Dzięki rozwojowi technik komputerowych i Internetu, kontakty na odległość stały się obecnie standardem ułatwiającym szybsze i wygodniejsze prowadzenie biznesu. Niewątpliwie niektórzy ciągle podchodzą do tego zjawiska z obawą, pamiętając godziny spędzone przy telefonie w celu podłączenia do jakiegoś BBS’a lub wdzwonienia się do sieci korporacyjnej. Nic tak nie denerwowało jak pad łącza o północy podczas wysyłania pilnego raportu, którego zażyczył sobie szef z Monachium do porannej kawy.

Na koniec warto jednak podkreślić istotne kwestie w tej całej zabawie. Już nestor telepracy Nilles zauważył, że wymagane są pewne predyspozycje, zarówno ze strony kierownictwa jak i pracowników wykonujących zdalnie obowiązki. Taka forma nie przyjmie się w przedsiębiorstwach, gdzie szefostwo zamiast motywować do skupienia się nad wyznaczonymi celami, pozwala na wewnętrzne rozpolitykowanie i kwestionowanie strategii firmy. No i oczywiście nie wolno oszczędzać na technologii – szczególnie w kontaktach na odległość z zagranicznymi kontrahentami. Niewydolny system telekomunikacyjny plus nieprecyzyjne negocjacje w obcym języku położą każdy biznes. Mogą doprowadzić do nieprzewidywalnych skutków. Jak głosi plotka, kiedy w grudniu 2004 r. Amerykanie zawiadamiając służby jednego z państw na Oceanie Indyjskim, że grozi im wysoka fala mogąca zalać ich wyspę, nie zostali dobrze zrozumiani. Lokalne władze wysłały na lotnisko delegację aby godnie przywitać „Mr. Tsunami”.

- Reklama -

Gorące tematy

- Reklama -
Używamy plików cookie, aby zapewnić lepszą jakość przeglądania. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie.
Używamy plików cookie, aby zapewnić lepszą jakość przeglądania. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie.