Pandemia pracy zdalnej

Podobne tematy

„Wyuczony dziś zawód za 10-20 lat nie będzie pewnie istniał”

Wyuczony dziś zawód za 10-20 lat nie będzie pewnie istniał – mówi prof. Michał Kleiber, członek Polskiej Akademii Nauk,...

Quantum computing dziś i w przyszłości

Wszystko wskazuje na to, że wczesne etapy wprowadzania technologii kwantowej na rynek będą koncentrować się na jej kompatybilności z...

Trend „anywhere operations” zdominuje biznes

Gartner przewiduje, że do końca 2023 roku, 40 proc. organizacji na świecie wdroży model IT, który umożliwi pracę z...

Perypetie z koronawirusem spowodowały wzrost zainteresowania komunikacją na odległość i pracą zdalną. Już nie tylko w firmach zajmujących się informatyką, gdzie było to od dawna często praktykowane, ale także w innych dziedzinach biznesu. Wypada więc przyjrzeć się temu zjawisku i zapytać jaka będzie jego przyszłość dla przedsiębiorców.

Pionierem, który zajmował się tym problemem był Jack Nilles, inżynier pracujący w NASA i amerykańskich Siłach Powietrznych. Na początku lat siedemdziesiątych na University of Southern California rozpoczął badania nad telepracą (angielskie terminy telecommuting i teleworking zostały zdefiniowane przez niego w 1973 r.). Co ciekawe, powodem jego zainteresowania tym zagadnieniem była prośba miejskiego urzędnika w sprawie zlikwidowania zmory korków w Los Angeles. W ramach aktywności naukowej związanej z tym problemem, Nilles przeprowadził wiele projektów dla firm i organizacji sektora publicznego nie tylko w USA, ale także w Europie i Ameryce Południowej.

Przez pewien okres telepraca rozwiązywała przede wszystkim problem stricte komunikacyjny – czyli dojazd do miejsca zatrudnienia. Kiedy gospodarka weszła w etap globalizacji, a struktury biznesowe rozlały się po kontynentach, zdalne wykonywanie obowiązków zaczęło być szeroko stosowane – szczególnie w korporacjach międzynarodowych. Onegdaj odwiedziłem kolegę za Wielką Wodą pracującego w takiej organizacji. Zaczynał robotę po 6stej rano czasu lokalnego schodząc obładowany kanapkami do swojego domowego biura, które mieściło się za dźwiękoszczelnymi drzwiami. W Europie była już 11sta i jego europejscy partnerzy mogli załatwiać z nim niezbędne sprawy. Potem przerzucał się na interesy w Stanach, a na koniec dnia, kiedy kończył dzienną szychtę, odbębniał tele- i wideokonferencje z Dalekim Wschodem właśnie meldującym rozpoczęcie  pracy. W swoim lokalnym biurze bywał średnio dwa razy w miesiącu. W mojej opinii obrazuje to modelowy przykład efektywnej obsługi globalizacji poprzez zdalne lub mobilne wykonywanie obowiązków.

Należy skonstatować, że tego trendu „zdalności” i „mobilności” chyba już nie zatrzymamy. W ciągu ostatnich kilku lat przekonaliśmy się do takiej formy działalności i pracy. Jest to coraz częściej praktykowane – nawet przez małe struktury. Dzięki rozwojowi technik komputerowych i Internetu, kontakty na odległość stały się obecnie standardem ułatwiającym szybsze i wygodniejsze prowadzenie biznesu. Niewątpliwie niektórzy ciągle podchodzą do tego zjawiska z obawą, pamiętając godziny spędzone przy telefonie w celu podłączenia do jakiegoś BBS’a lub wdzwonienia się do sieci korporacyjnej. Nic tak nie denerwowało jak pad łącza o północy podczas wysyłania pilnego raportu, którego zażyczył sobie szef z Monachium do porannej kawy.

Na koniec warto jednak podkreślić istotne kwestie w tej całej zabawie. Już nestor telepracy Nilles zauważył, że wymagane są pewne predyspozycje, zarówno ze strony kierownictwa jak i pracowników wykonujących zdalnie obowiązki. Taka forma nie przyjmie się w przedsiębiorstwach, gdzie szefostwo zamiast motywować do skupienia się nad wyznaczonymi celami, pozwala na wewnętrzne rozpolitykowanie i kwestionowanie strategii firmy. No i oczywiście nie wolno oszczędzać na technologii – szczególnie w kontaktach na odległość z zagranicznymi kontrahentami. Niewydolny system telekomunikacyjny plus nieprecyzyjne negocjacje w obcym języku położą każdy biznes. Mogą doprowadzić do nieprzewidywalnych skutków. Jak głosi plotka, kiedy w grudniu 2004 r. Amerykanie zawiadamiając służby jednego z państw na Oceanie Indyjskim, że grozi im wysoka fala mogąca zalać ich wyspę, nie zostali dobrze zrozumiani. Lokalne władze wysłały na lotnisko delegację aby godnie przywitać „Mr. Tsunami”.

- Reklama -

Gorące tematy

- Reklama -
Używamy plików cookie, aby zapewnić lepszą jakość przeglądania. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie.
Używamy plików cookie, aby zapewnić lepszą jakość przeglądania. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie.