Kryzys migracyjny w Ceucie stał się kolejnym testem dla europejskich regulacji internetu. Pod koniec lipca i na początku sierpnia dziesiątki tysięcy mieszkańców Maroka ruszyły w stronę hiszpańskiej enklawy po tym, jak w mediach społecznościowych zaczęły krążyć informacje, że granica jest otwarta. Publikacje na TikToku, Facebooku i Instagramie zawierały m.in. wskazówki dotyczące tras oraz błędne interpretacje hiszpańskich przepisów.
Nie ma jednak dowodów, że same platformy wywołały kryzys ani że za falą treści stała jedna skoordynowana operacja. Źródła wskazują również na problemy ekonomiczne młodych Marokańczyków i działalność przemytników.
Henna Virkkunen, wiceprzewodnicząca wykonawcza Komisji Europejskiej odpowiedzialna za suwerenność technologiczną, bezpieczeństwo i demokrację, po rozmowach z Meta i TikTokiem wezwała platformy do skuteczniejszego monitorowania treści i szerszej współpracy z fact-checkerami.
Dla firm technologicznych oznacza to rosnącą presję regulacyjną. Digital Services Act wymaga od największych platform oceny i ograniczania ryzyk systemowych. Naruszenie przepisów może skutkować karą do 6 proc. globalnych rocznych przychodów.
Sprawa Ceuty wpisuje się w szerszą debatę o cyfrowej zależności Europy. W lipcowym badaniu YouGov dla „Welt am Sonntag” 66 proc. Niemców uznało wpływ amerykańskich gigantów technologicznych za zbyt duży. Jednocześnie 66,1 proc. badanych niemieckich decydentów marketingowych deklaruje, że wyniki ich firm zależą od platform Big Tech.
Europa chce mocniej kontrolować Big Tech, ale jej gospodarka pozostaje od tych firm silnie zależna. Ceuta może przyspieszyć nadzór nad algorytmami i procedurami reagowania kryzysowego, zwiększając jednocześnie koszty regulacyjne po stronie platform.
